Wschód słońca na wulkanie Batur
Pobudka 1:40 rano. Szybkie siusiu, zebranie wcześniej spakowanych plecaków i ruszamy na romantyczny trekking na wulkan. Tylko my, wschód słońca i wulkan (i reszta naszej grupy).
Zdecydowaliśmy się na wycieczkę zorganizowaną na wschód słońca na wciąż aktywny wulkan Batur, który wybuchł ostatni raz w 2000 roku. Trochę intensywniejszy trekking, niż dnia poprzedniego (co dobrze nam zrobi przy naszym siedzącym trybie życia) i niestety wczesna pobudka.
O 2:00 obsługa hotelu odstawiła nas skuterami na główną ulicę, skąd miał nas odebrać busik. 2:30 – zaczyna się robić nerwowo. Czy ktoś w ogóle po nas przyjedzie (bo pani sprzedająca wycieczkę średnio mówiła po angielsku). Jeśli nie przyjedzie, to co my właściwie zrobimy i z kim będziemy się kontaktować o tak wczesnej porze?
2:45 – na szczęście ktoś przyjechał. W środku już siedziało dwóch chyba Brytyjczyków. Po drodze zebraliśmy jeszcze cztery Brytyjki i pojechaliśmy w stronę wulkanu po drodze robiąc postój na śniadanie (bardzo duże słowo na to, co dostaliśmy – banana smażonego w cieście sztuk 1 i do wyboru kawę lub herbatę). Na śniadaniu dołączyła jeszcze do nas para Hindusów. Pomimo bardzo wczesnej pory na drodze robiło się coraz gęściej. Po co ludzie wstają o tak absurdalnej porze i jadą gdzieś? Po to samo co my. Okazało się, że wbrew naszym wyobrażeniom, całkiem sporo osób decyduje się na taką wycieczkę. Na parkingu, gdzie zakończyliśmy naszą podróż busem był już spory tłok. Dostaliśmy latarki (1 na dwie osoby), wodę, rację żywnościową i ruszyliśmy w trasę. Jesteśmy na wysokości 1200 m. n.p.m. Wulkan na który mamy wejść ma 1717 m. n.p.m. Przed nami punkt kontrolny i asfaltowa ścieżka. Spoko, damy radę. Nawet z naszą kondycją. Będziemy szli trochę czasu, ale nie wygląda na trudną drogę. I z takim przekonaniem szliśmy sobie przez niewielki lasek. A ścieżka się zwężała i pięła coraz bardziej w górę. Gdy wyłoniliśmy się z lasu zobaczyliśmy w jak dużym błędzie byliśmy. Przed nami na górę, po dość stromym wzniesieniu, piął się sznur światełek. Światełek latarek innych uczestników podobnej wycieczki. Przed nami para hinduska też to zauważyła, bo tylko jęknęła z przerażeniem. No ale idziemy, nie ma odwrotu. Po ciemku, robi się coraz bardziej stromo, coraz bardziej kamieniście i coraz węziej. Plan zakłada dojście w półtorej godziny i postoje co jakiś czas. Za rzadko dla nas i dla hinduski. Sapiemy, płyniemy od potu, już ledwo ruszamy nogami. Grupa dzieli się na dwie (na szczęście na grupę przypada dwóch przewodników, więc jeden zostaje z nami). Co jakiś czas pyta czy wszystko okej i dostosowuje tempo do naszego. Jak potrzebujemy postoju, mamy postój. Po drodze widzimy, że nie tylko my daliśmy się nabrać na stwierdzenie: easy trekking for everyone (ciekawe dla kogo łatwy). Im wyżej tym trudniej się robi. Nogi odmawiają posłuszeństwa, ciężko złapać oddech, drobne kamyczki i piasek wulkaniczny powodują, że robi się ślisko i minęliśmy już kilka osób, które się poślizgnęły. Na szczęście jest ciemno i nie widać przepaści za nami. Zaczyna świtać. Odwracamy się i pomimo wysokości widok jest niesamowity. Jezioro, las i łuna światła na wschodzie.
W końcu docieramy na taras widokowy na szczycie. Chętni mogą pójść dalej, ale my już i tak ledwo żyjemy, a jeszcze trzeba zejść. Jest już jasno, chociaż do wschodu słońca zostało jeszcze kilka minut. Czas na drugie śniadanie (racja żywnościowa, którą dostaliśmy na dole). W środku jajko na twardo (podobno gotowane na parze wulkanu, ale kto to sprawdzi jak wygląda jak zwykłe jajko na twardo), dwie kromki chleba tostowego i banan. Wszyscy na górze mają takie samo śniadanie więc to nie kwestia, że kupiliśmy najtańszą wycieczkę. Lepsze to, niż nic. Widoki rekompensują wszystko. Niech zdjęcia mówią same za siebie:



Jezioro Batur 


Reszta naszej grupy poszła wyżej, na drugi taras widokowy. Na dole zostajemy my, para Hindusów i nasz przewodnik. Nawet lepiej. Mniejsza grupa, więcej będziemy się mogli więcej dowiedzieć. Zaczynamy zadawać pytania: jaki jest dalszy plan, gdzie idziemy dalej, czy będziemy schodzić tą samą ścieżką, gdzie są kratery. Okazuje się, że nasz przewodnik mówi po angielsku zgodnie z ulotką wycieczki. Trzy słowa: „yes”, „no” i „okej?”. To sobie pogadaliśmy. Na szczęście na górze znajdują się tablice wyjaśniające wszystko. Okazuje się, że własnie stoimy w miejscu, które razem z jeziorem tworzy krater wulkanu, co oznacza, że pod nami, gdzieś w środku góry znajduje się płynna lawa miejscami wydostająca się kanałami na powierzchnię, a przed wybuchem (który miał miejsce ponad 20 000 lat temu), wulkan miał 3000 m. n.p.m. Góra, którą widać za jeziorem to stożek utworzony z wyciekającej lawy ze zbocza wulkanu. Tak samo sytuacja ma się z okolicznymi górkami wokół nas. Wszystkie zostały utworzone w wyniku wycieków lawy i nadal połączone są kanałem z podziemnymi złożami lawy.

Wyciek lawy w kolejnych latach. 
Wcale nie było tak ciepło ale nie mieliśmy nic więcej co można było na siebie założyć. 
Pszczółka Pola na wulkanie 

1717m. n. p. m. 
Krater 










Czy to ptak? A może samolot? Nie, to Madzia na wulkanie!
Po wschodzie słońca rozglądamy się co robić. Przewodnik pokazuje nam coś w oddali więc postanowiliśmy sprawdzić co on tam ma. Wielka dziura otoczona górą (chyba krater wulkanu), mini świątynia i małpy. Wredne, rzucające się na jedzenie, agresywne małpy. Wystarczy, że masz coś w zasięgu ich wzroku co przypomina jedzenie i już tego nie masz (jedna nawet próbowała jeść folię, ale nie było jak jej to zabrać). Po jakiejś pół godziny wraca reszta grupy i zaczynamy schodzenie. Na szczęście inną ścieżką. Szeroką, bez skał i niebezpiecznych zejść. I chyba krótszą. Na dodatek po drodze co chwilę ktoś oferuje, że za odpowiednią opłatą zwiezie skuterem na dół. Trasa mija nam bardzo szybko w porównaniu do wspinaczki na górę. Zmęczeni wsiadamy do samochodu i wracamy. Po drodze kierowca zatrzymuje się przy jakiejś świątyni na 20 minut, ale jesteśmy zbyt zmęczeni i nieprzytomni, żeby gdziekolwiek się ruszyć, więc zostajemy w samochodzie. Docieramy do hotelu. Jest godzina 10:00, a my już zrobiliśmy 10 000 kroków. Na szczęście śniadanie w hotelu mamy do godziny 11. Od razu jak wchodzimy, wychodzi do nas pani i pyta co nam przygotować z listy dań, żebyśmy krócej czekali.

Chlebek bananowy i tosty. 
Mie goreng – smażony makaron z warzywami i kurczakiem (bardzo popularne danie na Bali) 
Pankakes 🙂
Po śniadaniu prysznic, odpoczynek, a o 12 jedyna rzecz, która aktualnie może zmusić nas do ruszenia się gdziekolwiek – masaż. Boski, balijski masaż, idealny na nasze zmęczone nogi (jesteśmy tak zmęczeni, że w trakcie troszkę przysypiamy).
Po południu wybraliśmy się jeszcze na obiad do pobliskiej restauracji z przepięknym ogrodem.

Tak nam podali.. 
…a pod spodem było to. 
Były dwa ale nie zdążyłam zrobić zdjęcia 

Nasi goreng – ryż smażony z warzywami i kurczakiem. Kolejna popularna potrawa. 
Watermelon shake
A następnie krótki spacer po najbliższej okolicy (tylko w drugą stronę niż dnia poprzedniego).

Świątynia nauki 

Pałac królewski 
Ogród w pałacu królewskim 
Pałac królewski 
Pałac królewski 
Bóstwo w pałacu królewskim 

Stacja benzynowa 
Straganiki musiały być 😀 

Na ulicach jest istne wariactwo. Bardzo trudno jest zrobić zdjęcie pustej ulicy.
Pozdrawiamy ciepło
M&M

3 komentarze on "Wschód słońca na wulkanie Batur"
Widzę że jedzonko by spasowało moim gustom, w przeciwieństwie do tego, co mam w Norwegii… Magda zajebiste spodnie 🙂 a widoki powiem szczerze woooow
Nooo, jedzenie mieli super. I dość tanie. Chociaż większość przygotowywana pod turystów i lokalsi tak nie jedzą. A spodnie kupiłam u nich za jakieś grosze ale są mega wygodne bo całkowicie wiązane, a na zewnętrznych stronach są rozcięcia 😁
Zacznijmy od tego, że 1:40 to nie rano! To środek nocy! XD Jak oni Cię do tego zmusili?! No jak?!
Ale muszę przyznać, że widoki zapierające dech w piersi (u mnie za oknem deszczowa Bruksela -.-). W dodatku co za przygoda! I bardzo ładne te ogrody królewskie. Cudo! <3