To mogła być mrożąca krew w żyłach historia z Darwin
Wylądowaliśmy w Darwin o godzinie 5 rano. Po prawie 24 godzinach niespania (spanie w samolocie tanich linii nie liczy się do jakiegokolwiek odpoczynku) znaleźliśmy się wreszcie z naszym docelowym kraju. Przez najbliższe kilka miesięcy nie planujemy tego zmieniać (chyba, że wymusi to na nas sytuacja).
Na lotnisku w Darwin przeszliśmy najbardziej niezwykłą odprawę, jaką mieliśmy dotychczas. Jeszcze w samolocie stewardesy rozdały wszystkim (niezależnie od tego czy ktoś był obywatelem Australii, czy nie) kartę wjeżdżającego pasażera, na której trzeba było wypełnić informacje o wszelkich produktach spożywczych, zwierzęcych i roślinnych, które przewozimy. Oczywiście wiedzieliśmy, że jedzenia nie wolno wwozić do Australii, ale przecież herbaty to nie jedzenie. Prawda? Kupiłam je specjalnie na wyjazd. Bo jak ja niby przeżyję bez dobrej herbaty? No więc niestety zaznaczyłam Yes w dwóch rubryczkach (przewożenie produktów roślinnych i kontakt z wodami śródlądowymi, bo przecież pomoczyliśmy się pod wodospadem na Bali).
Po super szybkiej kontroli imigracyjnej, z delikatnym stresem skierowaliśmy się na kolejną kontrolę – bio-hazard. Po odstaniu w kolejce każdy wjeżdżający był ustawiany w jednym rządku z bagażem z przodu tak, że wszyscy tworzyli jedną linię (po kilka osób naraz), a następnie pan z psem przechodził po kolei wzdłuż rzędu z jednej i z drugiej strony, a pies obwąchiwał każdy bagaż. Jeśli wszystko było okej, kolejka przechodziła przez szybkie sprawdzenie wypełnionej karteczki, a następnie w zależności od tego co się zaznaczyło, wychodziło się lub ustawiało w kolejną kolejkę do szczegółowej kontroli. Jeśli pies coś wyczuł, wykonywał delikatny, prawie nie zauważalny dla innych ruch jakby chciał usiąść. Był to sygnał dla strażników, że bagaż wymaga dokładniejszej kontroli. Z kolejki mieliśmy okazję oglądać jak wygląda taka kontrola i pewnie trwa z kilka godzin, bo strażnik przegląda bardzo dokładnie każdą jedną rzecz w bagażu. Każdy przedmiot, każdą sztukę ubrania – rozkłada, maca centymetr po centymetrze, wszystko co się znajduje w bagażu przy czym robi to naprawdę uważnie. Dodatkowo co jakiś czas ustawiają walizkę kontrolną, którą pies powinien rozpoznać jako zagrożenie.
Nastąpiła nasza kolej na ustawienie się w rządku, kontrola przez psa poszła gładko i bez problemów. Uff. Podchodzimy do strażnika z wypełnionymi karteczkami, on patrzy na moje 2xYes, pyta co przewożę i na wszelki wypadek kieruje nas na dokładniejszą kontrolę. Nie aż tak szczegółową jak Ci co ich „oznaczył” pies, ale jednak wymagającą odstania w kolejnej kolejce. A przed nami gość, który przewoził ciasto rybne (chyba do jakiejś restauracji) i dwie Chinki które przewoziły kartony z jedzeniem (również do restauracji). Każdą taką paczkę muszą otworzyć i produkt po produkcie skontrolować, czy nie zawiera niedozwolonych składników. W końcu przychodzi nasza kolej, podchodzi do nas strażnik i pyta co my tam mamy. No więc tłumaczymy, że mamy herbatę (dobrze, że nie pytał ile i jakie) i że mieliśmy kontakt z wodą w wodospadzie (może jakbyśmy wcześniejszemu zdążyli to wytłumaczyć zanim nas skierował to poszło by szybciej, ale nie daliśmy rady). Ten na nas spojrzał, zabrał kartki i skierował do wyjścia.
Po wyjściu z wszystkich odpraw rozpoczęliśmy realizację naszego wcześniej ustalonego planu. Rozważaliśmy różne opcje jak sobie zorganizować czas między lądowaniem, a zameldowaniem w hotelu (check-in dopiero o 14:00) i stanęło na tym, że najpierw musimy pozbyć się bagaży, bo z nimi nic nie zdziałamy. Kierunek – hotel.
Najpierw musieliśmy/chcieliśmy kupić kartę z australijskim numerem, żeby mieć internet i móc się komunikować, a następnie zamówić Ubera prosto do hotelu. Bywaliśmy już na wielu lotniskach i mniej więcej wiemy jak to na ogół wygląda, więc wiedzieliśmy, że to nie jest problem. I tu był nasz pierwszy błąd. Lotnisko okazało się kompletnym zadupiem, gdzie nie ma nic. Żadnego sklepu, jedzenia, kiosku. Tylko wypożyczalnie samochodów i wymiana walut. Na lotniskowym wifi sprawdziliśmy gdzie jest punkt odbioru Uberów – za daleko, internet nam się skończy 😕, na dodatek przyjazd był dość drogi, więc stwierdziliśmy, że przejedziemy się godzinkę autobusem. Trochę się zdziwiliśmy, że na najbliższy przystanek jest 30 min spaceru od lotniska (pewnie google liczy spacer żółwim tempem, na mapie to aż tak źle nie wyglądało), ale cóż nam pozostało skoro długość naszego wyjazdu zależy od budżetu jakim aktualnie dysponujemy. No więc ruszyliśmy. Błądząc po drodze, bo chodniki nagle się ni stąd ni zowąd kończyły dotarliśmy do ostatniego przejścia dla pieszych. Przed nami przystanek. Tylko gdzie? Widać zatoczkę, ale nie widać żadnego oznaczenia przystanku (droga zajęła nam jednak te pół godziny w mega słońcu, ale przynajmniej pachniało nam pięknie drzewami eukaliptusowymi). No więc stoimy przed tą zatoczką, chodnik się skończył, więc stoimy na trawie, nie widzimy przystanku, nie mamy internetu, jest nam gorąco (jest już jakieś 30 stopni), nie śpimy już od 24h i nie mamy pojęcia co robić. I nagle, na tym przystanku zatrzymuje się jakiś samochód, wysiada z niego dziadek, który krzyczy do nas, że wyglądamy na zagubionych i nam pomoże. Hmm, niby mówi się, żeby nie wsiadać do obcych samochodów, ale byliśmy tak zmęczeni, że wszystkie nasze czujniki się wyłączyły 😅, więc bez chwili zawahania wsiedliśmy do samochodu obcego faceta. Na szczęście nie był to żaden gwałciciel ani zabójca, a w samochodzie siedział jego pies więc w razie czego by nas obronił 🤣. Nasz wybawca okazał się Irlandczykiem, który przyleciał do Australii jakieś 40 lat temu na 2 lata, ale mu się przedłużyło. Pomimo tego, że chcieliśmy żeby nas dowiózł do jakiegokolwiek przystanku autobusowego ten zdecydował, że wysadzi nas pod hotelem, na wszelki wypadek, żebyśmy się nie zgubili. Po drodze opowiedział nam trochę o Australii i ostrzegł przed kąpielami w morzu ze względu na niebezpieczne meduzy. Odstawił nas pod samym hotelem upewniając się, że to dobry adres i pomimo tego, że chcieliśmy bardzo mu zapłacić, nie wziął od nas ani dolara.
Zostawiliśmy bagaże w hotelu i poszliśmy wytracać czas ($30 za kilka godzin wcześniejszego check-inu to było według nas przegięcie). Poszliśmy zjeść wreszcie porządne śniadanie w pobliskiej kawiarni i poszliśmy na pierwszy australijski spacer. Kierunek – ogród przy morzu, który okazał się jednocześnie parkiem pamięci osób poległych podczas ataki Japonii na Darwin w czasie II wojny światowej w 1942 roku.









Piekna plaża obok nas. I nikt się nie kąpie. 


Z tablic w parku dowiedzieliśmy się również, że tereny te oryginalnie zamieszkiwane były (i częściowo nadal są) przez aborygeńskie plemię Larrakia liczące aktualnie około 2000 ludzi, zwanych inaczej ludźmi słonowodnymi (Saltwater people). Przez setki lat, aborygeni uważani i traktowani byli jak ludzie gorszego gatunku. Ich ziemie zostały przejęte przez białych ludzi, którzy przybywali na te tereny, a miejscowi byli wypędzani, zabijani, wykorzystywani jako niewolnicy. Z czasem (wraz ze znoszeniem niewolnictwa na świecie), trend ten zaczął się zmieniać, jednak dopiero od 1992 po ogłoszeniu wyroku sądu w sprawie między Eddim Mabo a Queensland, znoszącym prawo terra nullis aborygeni otrzymali prawa do niektórych ziem, które zamieszkiwali od tysięcy lat. Czym właściwie było to terra nullis? Prawem, które zakładało, że gdy w 1788 roku 11 statków pełnych skazańców i ich rodzin, którzy zostali zesłani pod eskortą marynarki wojennej w celu założenia brytyjskiej kolonii na australijskim kontynencie, wylądował w Australii, ziemia ta była ziemią niczyją czyli mogła zostać zajęta przez Wielką Brytanię. Ale o tym dokładniej może przy innej okazji. Błąkając się po ulicach Darwin, mieliśmy możliwość poobserwować trochę tą lokalną ludność. Niestety nie był to przyjemny widok. Wiele z tych osób wygląda jakby nie potrafiło albo nie chciało (tego nie wiemy) odnaleźć się w rzeczywistości, w której się znajdowali. Wchodzą gdzie chcą, zachowują się jak chcą i niewiele można im zrobić tak, żeby nie być posądzonym o rasizm. Aktualnie Australia przechodzi na trend odwrotny do tego, który był przez lata i stara się w jakiś sposób zadośćuczynić lokalnym ludnościom, podkreślając gdzie się da, że są to rdzenni mieszkańcy tych terenów i że historycznie to ich ziemia (niewiele więcej mogą zrobić, gdyż większość terenów mieszkalnych jest już zagospodarowana przez innych właścicieli). I przy takim trendzie co można zrobić w sytuacji, gdy na teren hotelu wchodzi grupka aborygenów nie będących gośćmi hotelu i chodzi sobie swobodnie po korytarzach czy przesiadują godzinami w lobby hotelowym? Nic. I zapewne jest to tylko garstka ludzi, którzy po prostu robią najwięcej szumu. Pozostali są normalnymi ludźmi takimi jak każdy z nas. Mieszkają, pracują, mają rodziny, świetnie sobie radzą i są tak samo mili jak pozostali ludzie tutaj, ale my niestety byliśmy w stanie zauważyć tylko tych najgłośniejszych i najbardziej skrajnych. Eh… miałam się nie rozpisywać na ten temat. Trudno. Zostaje.
Mieliśmy też okazję poznać, jak niespotykanie mili i pomocni są Australijczycy. Na każdym kroku ktoś nam pomagał, radził, podpowiadał. Na każdym kroku ktoś nas zagaduje i dopytuje jak się mamy, co u nas? Policja mijająca nas w parku mówi dzień dobry (pierwsza!😲), jakaś pani siedząca obok nas na ławce ostrzega przez niebezpiecznym słońcem w Australii, które jest dużo ostrzejsze niż gdziekolwiek indziej (rzeczywiście tak jest, jak się wychodzi to po chwili czuć palenie na skórze) i radzi żeby koniecznie smarować się kremem, pić dużo wody (nie słodzonych, gazowanych napojów), nosić nakrycie głowy i unikać chodzenia po słońcu. Pan w sieci komórkowej, gdzie kupowaliśmy kartę do telefonu radzi nam gdzie wytracić czas do momentu, aż dostaniemy hotel. I normalnie bym pomyślała, że na pewno czegoś od nas chcą, zaraz będą nas na coś namawiać. Ale nic z tych rzeczy. Mało tego, prawdopodobnie nigdy więcej nas nie spotkają. I jesteśmy w Australii już ponad tydzień, a to nadal robi na nas niezwykłe wrażenie.
Pozdrawiamy
M&M:)
PS: Rozumiemy co drugie słowo z tego co mówią :/ Tak skurczybyki zasuwają po angielsku. Michał mówi, że pewnie znają angielski tak dobrze jak my polski 🙂

4 komentarze on "To mogła być mrożąca krew w żyłach historia z Darwin"
Super, że Australia zrobiła na Was dobre pierwsze wrażenie (poza tym autobusem). Jeśli potrzebujecie jakichkolwiek porad, to dużo moich znajomych z pracy lata tam na wakacje (w naszej zimie) lub nawet spędza tam lata (i to się nazywa urlop :D), także mogę podpytać. Jestem ciekawa dalszych opowieści! Czekam z niecierpliwością! 😀
No właśnie nic takiego nie potrzebujemy bo co chwilę ktoś gdzieś z nami gada więc mamy kogo pytać. A aktualnie mieszkamy przez airbnb u pary Australijczyków którzy zawsze chętnie nam pomagają i radzą. A jak nie oni to kupiliśmy sobie tutaj kartę sim i mamy cały czas internet 🙂
Ale gdybyście czegokolwiek potrzebowali, to piszcie śmiało 😀 Jestem Waszym stalkerem numer 1. 😀
Mój znajomy właśnie mi dużo opowiadał, jak mili i pomocni są ludzie w Australii, więc jak czytałam że zatrzymał się koło was samochód to od razu pomyślałam, że właśnie z pomocą. Ogólnie to coraz częściej mam wrażenie, że to nie jest tak że ludzie w jakis poszczególnych krajach są wybitnie mili, tylko po prostu nasza ojczyzna ma niezbyt wysoko postawioną poprzeczkę pod tym względem XD PS. Zarąbiście klikbajtowy tytuł posta.