Aktualnie jesteśmy w:

Singapur, Singapur

Pożary w Australii – jak wyglądała nasza przygoda?

Pożary w Australii – jak wyglądała nasza przygoda?

Podczas podróży z Brisbane do Sydney mijaliśmy kilka spalonych lasów i jeden niewielki pożar przy samej autostradzie, ale nie było to nic groźnego. Trafiliśmy również na kilka zamkniętych parków z związku z dużym ryzykiem pożarowym. Zaczęliśmy wtedy na bieżąco monitorować sytuację przez aplikację Fires Near Me, która zbiera informacje o wszystkich pożarach występujących aktualnie w Australii.

31 grudnia wyruszyliśmy z okolic Newcastle w stronę Sydney. Plan był, żeby na sylwestrowy wieczór dojechać do Sydney. Krótki postój na kawkę i plażowanie w Newcastle. Upał nieznośny. 44 stopnie na naszym samochodowym termometrze. Dopiero później dowiedzieliśmy się, że to nie jest jeszcze max. Po godzince plażowania zebraliśmy się w drogę powrotną trasą krajoznawczą wzdłuż wybrzeża. Jakieś 30 minut przed wjazdem na autostradę zauważyliśmy dym z prawej strony za lasem. Coś się pali. Włączam aplikację do monitorowania pożarów, a tam informacja, że pożar właśnie się zaczął, jest niegroźny i jest pod kontrolą. Uspokoiło nas to trochę pomimo, że dym był spory. Spojrzałam jeszcze na trasę i okolicę Sydney co się dzieje. Na naszej drodze żadnych pożarów, a w około Sydney wszystko na najniższym poziomie pożarowym (niebieski – advice) informującym, że jest pożar ale nikomu nie zagraża. Właściwie cała mapa NSW (New South Wales) na niebiesko. 3 godziny później (około 15:30) dojeżdżamy do hotelu, jest jeszcze cieplej niż było. Nasz termometr samochodowy pokazuje 50 stopni po postoju w cieniu. Włączamy telewizor i sami nie wierzymy w to co widzimy tam. Przecież 3h temu sprawdzaliśmy wszystko. Pewnie media jak zwykle wszystko rozdmuchują. Włączamy aplikację na telefonie, a tam jaki pogrom. Na południe od Sydney wszystko czerwone, co oznacza Too late to leave – seek shelter now (Za późno na ewakuację – szukaj schronienia). Mijany po drodze pożar, który zaczął się 4 godziny temu ma taki sam status. Na południu Australii ludzie ewakuowali się na plażę i są odcięci od świata, bo otacza ich pożar. Niedługo zostaną odcięci również od jakiejkolwiek łączności. Dwóch strażaków straciło życie, gdy w trakcie gaszenia pożaru stanęła przed nimi trąba powietrzno-ogniowa. Takie mini tornado, tylko z ognia. Kolejne miasteczka są zagrożone. Główna autostrada w Australii zamknięta na odcinku południowym, bo wokół niej szaleje pożar.

Jest to czas ferii letnich w Australii, w związku z tym większość ludzi z miast powyjeżdżała na wakacje właśnie do tych mniejszych miejscowości nadmorskich, które są często otoczone dającym przyjemny cień lasem. Lasem eukaliptusowym. Do tego wieje straszny wiatr i jest nieznośny upał. Niektórzy próbują ratować swoje domy, ale wiele z tych osób jest niegotowa na to, bo pożar ich po prostu zaskakuje. Nie ma czasu na przygotowania, więc uciekają w bezpieczne miejsce. Pożar przemieszcza się strasznie szybko. Z relacji osób, które utknęły na plaży dowiadujemy się, że nie mieli czasu na nic. Nagle usłyszeli od jednej z biegnących osób, że mają się ewakuować i to zrobili. Ogień przyszedł do nich po niecałej godzinie. Ojciec i syn giną w trakcie ratowania swojego domu.

Zamiast odpoczywać i szykować się do Sylwestra, oglądamy wiadomości i monitorujemy co się dzieje na bieżąco. Obserwujemy jak kolejne miasteczka są odcinane od świata a strażacy, przy minimalnie odczuwalnym wsparciu rządu, robią co mogą żeby ograniczyć szkody. Nikt nie liczy na zatrzymanie tego, bo jest to niemożliwe — oni nastawiają się już tylko na ograniczenie ofiar. Wszyscy chcą tylko przetrwać Sylwestra, bo następnego dnia ma przyjść ochłodzenie. Premier Australii w tym czasie siedzi sobie z rodziną na Hawajach. No ale właściwie dla kogo rodzina nie jest najważniejsza?

Poza południowym wybrzeżem Australii (NSW i Victoria) pali się też Tasmania, miejsce które miało dotychczas najczystsze powietrze na ziemi. Prawdopodobnie podpalenie.

Idziemy na fajerwerki, które odbywają się pomimo licznych protestów. Wiele osób uważa, że powinny być anulowane ze względu na ryzyko pożarów i sytuację w kraju. Wielu Australijczyków bojkotuje wydarzenie i nie wychodzi ich oglądać. I może częściowo mają rację. Jednak z drugiej strony jak na to spojrzeć to jest to wielka atrakcja turystyczna przyciągająca miliony ludzi, która została opłacona zapewne miesiące temu. Najlepsze miejsca do oglądania fajerwerków sprzedawane są za kupę kasy (bilet do ogrodu botanicznego w tym dniu kosztuje $200, w pozostałe dni wejście jest za darmo). Hotele są zajęte, a ceny oczywiście odpowiednio podniesione. Ludzie łódkami zatrzymują się pod mostem, żeby jak najlepiej zobaczyć fajerwerki. Koszt organizacji imprezy: ok. 3 mln dolarów, przychody z imprezy: ok. 300 mln dolarów. Do tego z trakcie imprezy sylwestrowej odbywa się zbiórka pieniędzy na Czerwony Krzyż, który przekaże te pieniądze na pomoc osobom, które ucierpiały z pożarach. Zresztą takich zbiórek aktualnie jest kilkadziesiąt. Na aktualną pomoc ludziom z terenów zagrożonych, na pomoc w odbudowaniu tego co spłonęło, na ratowanie i pomoc zwierzętom (w szczególności koalom), na strażaków którzy są niedofinansowani.

Następnego dnia sytuacja się trochę poprawia. Przychodzi upragnione ochłodzenie. Mieszkańcy miasteczka Mallacoota nadal są odcięci od świata, ale sytuacja się nie pogarsza. W Sydney nie widać słońca. Niebo zasłania siwy dym. Zwiedzamy główne atrakcje turystyczne i decydujemy, że następnego dnia wyjeżdżamy z miasta i kierujemy się w stronę Gór Błękitnych, żeby przedostać się na drugą stronę lasów. Sydney całe jest otoczone lasami eukaliptusowymi. Z niego prowadzą 4 główne drogi: w stronę Brisbane skąd przyjechaliśmy, dwie na południe w stronę Melbourne przechodzące koło Góry Kościuszko, którą bardzo chcieliśmy zobaczyć, ale która właśnie płonie, i jedna przez Góry Błękitne. Wracać do Brisbane nie chcieliśmy jeśli to możliwe, drogi na południe nie wchodziły w grę, bo nawet jeśli w tej chwili było otwarte to w każdej chwili mogły zostać znowu zamknięte ze względu na pożary, a wizja utknięcia na drodze przy pożarze wcale nam się nie podobała. Poza tym były to główne drogi ewakuacji ludzi, którzy mieli możliwość wyjechania z miejsc zagrożonych. Nie chcieliśmy dokładać tam jeszcze naszej obecności. Pożary wokół Blue Mountains były najbardziej stabilne i wyglądały na najmniej zagrażające. Do tego jeśli byśmy zrobili postój na obrzeżach Sydney to byliśmy w stanie pokonać je jedną rozsądną trasą i znaleźć się po drugiej stronie w bezpiecznej odległości od wszystkiego.

Zatrzymaliśmy się więc na kempingu w miejscowości Pitt Town, gdzie w razie czego mogliśmy się jeszcze wycofać w stronę Brisbane. Tam poznaliśmy parę Australijczyków, którzy byli tak mili i doradzili nam jak jechać, żeby się nie wpakować z żadne zagrożenie. Bardzo dokładnie przeanalizowali naszą trasę i podpowiedzieli dodatkową aplikację do monitorowania zamkniętych dróg w NSW. W telewizji pokazują wywiad z premierem, który wreszcie wrócił do kraju. Mówi jak bardzo dobrze rozumie jak bardzo trudna jest to sytuacja, bo on sam utknął na 4 godziny na lotnisku. Że ludzie ignorują sygnały które widzą, czują i słyszą i trochę przez to stawiają się w niebezpiecznej sytuacji. Ciekawe jak można coś widzieć, słyszeć i czuć jak od kilku godzin miast pokryte jest gęstym dymem. I jak dotychczas wydawała mi się jego krytyka przez ludzi dosyć histeryczna tak teraz sama zastanawiam się jak to się stało, że on jest u władzy. Niektóre z tych osób miały max godzinę na ewakuację. Kompletnie tego nieświadome. Dalej telewizja pokazuje jak premier przylatuje do jednego ze spalonych miasteczek spotkać się z mieszkańcami. A właściwie jak to sam wyjaśnił, rozdawać uściski dłoni i przytulaski, bo oni tego teraz potrzebują. Ludzie, którym właśnie spaliło się wszystko potrzebują uścisków dłoni od premiera. Wiele osób atakuje go słownie i odrzuca podanie ręki. Nawet kilku strażaków reaguje w podobny sposób. Tłumaczą, że ostrzegali o tym kilka miesięcy temu i prosili rząd o pomoc. Nie dostali jej.

Rano 3 stycznia dzwonimy do informacji turystycznej Gór Błękitnych , aby dowiedzieć się jak wygląda sytuacja. Okazuje się, że nie jest tragicznie. Oczywiście są tam nadal pożary, ale głównie w dolnej części lasu więc miasteczka i drogi są dostępne i nawet niektóre ścieżki trekkingowe są dostępne dla turystów. Jedziemy! Zapowiadają na sobotę kolejną falę upałów i silnego wiatru i nie chcemy wtedy być w Sydney, żeby tu nie utknąć. Jedziemy w stronę australijskiej pustyni. Jak nam tłumaczą lokalsi, tam nie ma co się palić, bo nic nie rośnie, więc jest bezpiecznie. Zatrzymujemy się w górach na zwiedzanie okolicy, a następnie dojeżdżamy do miejscowości Cowra. Mamy 300 km do najbliższego pożaru. Wygląda to na bezpieczną odległość. W razie czego zawsze możemy wjechać dalej w głąb lądu. Na kempingu na szczęście jest telewizor w klimatyzowanym pomieszczeniu i przez większość czasu włączony na wiadomości. Możemy na bieżąco monitorować sytuację. Dowiadujemy się między innymi, że przy każdym pożarze przygotowywane są dwa scenariusze potencjalnego zagrożenia. Jeden rzeczywisty i drugi najgorszy możliwy przypadek. Na ogół sytuacja kończy się na rzeczywistym scenariuszu. Niestety 31 stycznia sytuacja bardzo szybko rozrosła się do najgorszego możliwego a służby i ludzie nie zdążyli zareagować odpowiednio wcześniej. W związku z tym na sobotę wszyscy przygotowują się na najgorszy scenariusz. Miasta są ewakuowane, drzewa i trawy wycinane żeby nie dokładać dodatkowego paliwa, domy zabezpieczane, plany przeciwpożarowe wdrażane. Wszyscy dokładają wszelkich starań, żeby jak najlepiej przygotować się na nadchodzące piekło. A rząd? Premier wydaje oświadczenia, że łączy się z nimi w myślach i rozważa zaangażowanie wojska. Stan Victoria wprowadza stan wyjątkowy, stan Nowa Południowa Walia stan zagrożenia. Na naszym kempingu znajduje się kilka osób, które wyjechały z tych zagrożonych terenów. Rozmawiamy z nimi. Każdy mówi to samo: brak wypaleń, susza, wiatr. Poznajemy parę, która jedzie pomóc rodzicom, którzy stracili cały dobytek. Aktualnie są ewakuowani do swojego syna, który ma dom w okolicy. Również na obszarze zagrożonym, ale nie otoczony lasem, więc jest bezpieczny. Ludzie w Mallacoota od sylwestra koczują na plaży i nie mogą się ewakuować.

Następuje sobota. Docierają do nas informacje o nowych pożarach albo o rozszerzających się aktualnych. Wszystko wygląda jak w thrillerze. Strażakom pomagają ochotnicze straże pożarne, wolontariusze (tak gdzie mogą) i strażacy z Nowej Zelandii i Stanów. Wszyscy skupiają się na ratowaniu życia, zwierząt (przynajmniej tych, do których da się dotrzeć) i dobytku. Lasy odrosną. Wiatr spycha ogień w stronę wody, więc kolejni ludzie ewakuują się na plaże. W wyniku przeniesienia żaru lub z powodu wyładowania atmosferycznego zaczyna się palić Kangoroo Island. Giną kolejne osoby. Na wyspie zostaje znalezione spalone auto z kimś w środku. W niedalekiej odległości od niego kolejne ciało. Ojciec i syn. Ojciec był pilotem małych samolotów i monitorował lasy, syn był lekarzem. Pożary zbliżają się do Melbourne oraz w okolice Adelajdy, gdzie mieliśmy jechać. Po 5 dniach odcięcia od świata premier ogłasza ewakuację Mallacooty przy użyciu okrętu wojskowego – 1015 osób. Na szczęście ludzie sobie pomagają i jakoś dostarczają im środki potrzebne do przeżycia. 3000 żołnierzy zostaje wysłanych do pomocy. Premier przy okazji ogłoszenia tego odpowiada na zarzuty, że rząd nic nie robi i wypunktowuje kolejne formy pomocy jakie zostały zorganizowane. Wszystko brzmi jak hasła wyborcze i właśnie tak większość to odbiera, za co dodatkowo jest krytykowany. Wygląda jakby sytuacja go mocno przerosła, a sztab ludzi którzy mają mu pomagać w tym jest na wakacjach. Telewizja dodatkowo podgrzewa atmosferę pokazując coraz to bardziej dramatyczne zdjęcia zabitych zwierząt, zniszczonych domów, ulic, miast. Monitorujemy cały czas czy ogień zbliża się do nas czy nie. Na szczęście nie, ale sytuacja w obu stanach jest bardzo dramatyczna. Oczywiście nie całe stany są ogarnięte ogniem. Tylko południowa część. Nie zmienia to faktu, że cała Australia żyje tym co się dzieje w ten części kraju i obserwują jak kolejne miasteczka zostają pochłonięte przez ogień. W tym czasie co Australię trawi ogień i wielka susza, po drugiej stronie Oceanu Indyjskiego nadmorskie kraje wschodniej Afryki zalewają deszcze powodując powódź. Ale tu w mediach nikt o tym za bardzo nie mówi. Mówi się za to, że stolica – Canberra przygotowuje się na pożary, bo te są dość niedaleko. W Cawrze, gdzie jesteśmy też jest mega gorąco. Nad ziemią unosi się jakiś czerwonawy pył, ale pani w informacji turystycznej tłumaczy nam, że to nie popiół ani dym tylko pył z pustynni. Wierzymy jej. Kawiarnia obok z powodu upałów skraca godziny pracy i jest otwarta tylko do 15. Rzeczy w samochodzie się gotują, a nie możemy zostawić wszystkiego otwartego, żeby się wietrzył, bo na kempingu był niedawno przypadek kradzieży. Najwidoczniej dzieci się nudzą w okresie wakacji i poszły się czymś zająć — tak nam tłumaczą ludzie z kempingu. Zastanawiamy się czy zostać na kempingu jeszcze jedną noc, bo jest tu względnie bezpiecznie czy może jechać dalej do Melbourne. Ale przy drodze do Melbourne jest niestety pożar, który w każdej chwili może stworzyć zagrożenie dla samochodów i droga zostanie zamknięta. Ja jestem za zostaniem, Michał chce jechać dalej. Zdecydujemy rano.

W nocy jest upalnie, nie da się spać w namiocie. W końcu zasypiamy, ale nie na długo, bo o 5 budzi nas smród ogniska. Wyglądamy przez okna – wszędzie siwo od dymu. Wyglądało to trochę jakby mgła podniosła się nad miastem. Tylko ta śmierdziała spalenizną. Sprawdzamy pożary i informacje na Facebooku (są specjalne profile do informowania o zagrożeniu). Na mapie pożarów wszystko bez zmian. Na Facebooku cisza – żadnych komunikatów alarmujących od kilku godzin. Sprawdzam prognozę pogody i mamy wyjaśnienie. Wiatr nawiewa na nas dym z Gór Błękitnych i z południa – 300 km od nas, a nie da się swobodnie oddychać. Podejmujemy decyzję, że spadamy zaraz po mszy w pobliskim kościele. Z nerwów i od dymu nie mogę już zasnąć. Nasz warszawski smog przy tym jest kompletnie niewyczuwalny. To tak jakbyśmy cały czas stali w smudze dymu z ogniska. Idę do kuchni zobaczyć co mówią z wiadomościach. Poza tym tam jest klima, która trochę czyści to powietrze. W kuchni ktoś śpi z włączonym telewizorem na wiadomościach. Na szczęście wygląda na to, że sytuacja jest stabilna. Nadal kilka miasteczek jest zagrożonych, ale ilość pożarów się zmniejsza. Zmniejsza się też ilość komunikatów alarmujących o zagrożeniu, co oznacza, że część pożarów została opanowana na tyle, że nie zagrażają kolejnym miastom. Ale z pogody którą sobie oglądam na telefonie nie zapowiada się, żeby w naszym miasteczku jakość powietrza miała się poprawić. Przed wyjazdem podchodzi do nas kilka osób z kempingu pożegnać się i dopytać, gdzie jedziemy, żeby upewnić się, że nie pakujemy się w żadne niebezpieczeństwo. Ich przyjazność po raz kolejny nas zaskakuje. Odjeżdżamy w kierunku miasta Dubbo – kolejne 200 km na północ. Odjeżdżamy jakieś 15 minut od naszego kempingu i nagle cały dym znika, a w powietrzu nie czuć już spalenizny. Czuć jeszcze od nas i od naszych rzeczy, ale nie ma tego już wokół nas. Na szczęście. Na jakiś czas zostawiliśmy to za sobą. Oczywiście nadal monitorujemy sytuację, ale im dalej jedziemy, tym bardziej przekonujemy się, że jesteśmy w miarę bezpieczni. Rzeczywiście nie ma co tu się palić.

Chcieliśmy odwiedzić Górę Kościuszko, połazić po Górach Błękitnych i Śnieżnych, zwiedzić nadmorskie miejscowości na południowym wybrzeżu Australii, które zapewne nie bez powodu przyciągają Australijczyków w okresie ferii. Nie udało się. Trudno. Nie tym, to następnym razem. Na szczęście nic nam nie grozi i nie groziło. Trochę się najedliśmy tylko strachu. Jesteśmy i tak w lepszej sytuacji niż ludzie, którzy stracili bliskich albo dorobek życia w pożarze.

Pozdrawiamy

M&M

4 komentarze on "Pożary w Australii – jak wyglądała nasza przygoda?"

    Czytałam Waszą relację z zapartym tchem. Cieszę się, że nic Wam nie grozi – i niech tak zostanie. Oby dalszy pobyt w Australii przebiegał bez takich „przygód”!

    Hej!
    Za każdym razem jak pomyślę o Australii teraz – myślę o Was! To dobrze, że cały czas kontrolujecie tę sytuację pożarową i adekwatnie do niej reagujecie! Trzymajcie się i trzymam kciuki za jakieś (chociaż drobne) deszcze i wiatru nie z dymem w Waszą stronę!!
    Pozdrawiam!!!! 🙂

    A możesz już przestać trzymać? Zaczęło padać nie tam gdzie trzeba czyli tam gdzie my jesteśmy. A tam gdzie się pali deszczu nie ma 😘

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*