Aktualnie jesteśmy w:

Singapur, Singapur

Podsumowanie Singapuru i Bali

Podsumowanie Singapuru i Bali

Od dwóch tygodni jesteśmy w podróży. Od kilku dni już w naszym docelowym kraju – Australii. Nadszedł więc czas na krótkie podsumowanie naszego dotychczasowego pobytu w Singapurze i w Ubud.

Singapur

Singapur to niewielki kraj i jednocześnie całkiem spore miasto na półwyspie malajskim (716,1 km²). Sąsiaduje drogą lądową z Malezją i drogą morską w Indonezją. Został wydzierżawiony w 1819 roku jako placówka handlowa Brytyjskiej Kampanii Wschodnioindyjskiej, a następnie kupiony od sułtana przez Wielką Brytanię. 9 sierpnia 1965 roku uzyskał niepodległość i stał się niezależnym państwem. Obecnie na terenie Singapuru obowiązują 4 języki urzędowe (angielski, chiński, malezyjski i tamilski), ale głównym językiem jest jednak język angielski, który jest obowiązkowym językiem w szkole (pozostałe języki nie są obowiązkowe i uczone są w dodatkowych szkołach danej ludności). Całkowita liczba ludności to ponad 5,5 mln ludzi, a gęstość zaludnienia to 7797 osób/km². Dla porównania dane Polski i Warszawy:

PolskaWarszawaSingapur
Powierzchnia 312 696 km² 517,24 km² 725.1 km2
Liczba ludności 38 413 000 1 777 972 5 638 700
Gęstość zaludnienia 123 os/km² 3437 os/km² 7 804 os/km2

Jak widać, jest ponad dwa razy gęściej zaludniony niż Warszawa, przy czym niewiele większy. Jednak spacerując po ulicach nie odczuwa się tego w żaden sposób. Poza atrakcjami turystycznymi nie widać tłumów na ulicach czy w komunikacji miejskiej, ani korków na drogach (chociaż nie zdążyliśmy zapuścić się do dzielnicy wieżowców w godzinach szczytu).

Z ulotek, które zakosiłam z lotniska wyczytałam jak Singapur chwali się tym, że:

  • ponad 47% wyspy pokryte jest zielenią,
  • ponad 80% domostw jest w zakresie 10 minut spaceru od parku,
  • ponownie przetwarza 20% swoich odpadów,
  • ma 72 hektary dachowych ogrodów i „zielonych ścian”, i do 2030 planuje potroić ich ilość,
  • jest w top 20 najbardziej efektywnych węglowo krajów świata – cokolwiek to znaczy.

Rzeczywiście wkoło można zauważyć sporo zieleni, a każdy plac którego nie da się wykorzystać na wielki biurowiec zagospodarowany jest pod chociaż malutki park. Jest tu również niezwykle cicho. Mieszkając w centrum Singapuru pod tym względem nie odczuwaliśmy jakbyśmy mieszkali w wielkim mieście. Nawet przy dość sporych i ruchliwych ulicach nie słychać hałasu miasta. Nie czuć też spalin samochodowych. Większość samochodów, które widzieliśmy na ulicy jest raczej nowych i zapewne dość nowoczesnych pod kątem hałasu i czystości spalin. Jest również miastem bardzo zorganizowanym i ułożonym. Prawie wszystko tutaj do siebie pasuje i przeważnie nie ma miejsca na indywidualne wizje architektoniczne każdego z budynków. Nie oznacza to, że każdy budynek jest identyczny. Po prostu całościowo miasto wizualnie jest spójne. Tak jakby każdy metr tego miejsca miał osobę odpowiedzialną za utrzymanie tego miejsca w czystości (chociaż nie mieliśmy tyle czasu żeby zapuścić się w odleglejsze miejsca Singapuru).

Każdy niezagospodarowany teren jest wykorzystywany pod zieleń.

Singapur jest również miastem bardzo czystym. Widać, że mieszkańcy starają się dbać o środowisko i na przykład używają butelek wielorazowych, chociaż nie zmienia to faktu, że do każdego zimnego napoju w restauracji dostajemy plastikową słomkę. Ten trend jeszcze tu nie dotarł. Może dlatego, że nie zauważa się tutaj problemu plastiku. Na ulicach nie znajdziemy leżącego papierka czy butelki plastikowej. Nawet na plażach, gdzie problem plastiku jest na ogół najbardziej widoczny, pod koniec dnia nie widać, żeby zamieniały się w śmietnik.

Indyjska dzielnica, w której również było bardzo czysto.
Plaża na wyspie Santos po południu. Nawet tu nie ma śmieci.
Singapurskie ChinaTown. Tu również nie znaleźliśmy śmieci leżących na ulicy.

Singapur jest również bardzo rozwiniętym krajem pod kątem technologii. Większość (a nawet wszystkie, którymi jeździliśmy) pociągów jest automatyczna i jeździ bez maszynisty. Na peronach stacji metra są podwójne drzwi i brak jest dojścia do krawędzi. Na stacjach można spotkać kilka osób pilnujących porządku oraz kogoś, kto na bieżąco sprząta peron. Nie jest to osoba zbyt zajęta, bo ogólnie nikt tam nie śmieci. Może ma na to wpływ wysokość kar, jakie są za takie wykroczenie – 5 000 SGD (ok. 14 000 zł). Jest tu również zakaz palenia we wszystkich miejscach publicznych poza wyznaczonymi stanowiskami. Wysokie kary są również za inne przestępstwa co czyni ten kraj dość bezpiecznym. Kilka przykładów przewinień i kar, jakie za nie można dostać:

  • przemyt lub posiadanie narkotyków – dożywocie lub kara śmierci (jak w większości krajów azjatyckich),
  • żucie lub posiadanie gumy do żucia – 1000 SGD lub 2 lata więzienia,
  • drobne przestępstwa (np. włamanie) – chłosta (max. 24 uderzenia na dobę),
  • morderstwo – kara śmierci,
  • gwałt – kara śmierci,
  • korupcja – kara śmierci.

Singapur ma jednak swoje turystyczne wady, a mianowicie noclegi. Te o standardzie zbliżonym do europejskiego są dość drogie, a i tak mocno odbiegają. Nasz pokój to była właściwie wnęka na łóżko (2m x 2m) i metr podłogi przed nim. Na niej stało jedno krzesło, obok mikro-stoliczek i skrzynka z wyposażeniem (czajnik, suszarka i piloty). Obok był mini korytarzyk, z którego wchodziło się do łazienki. I tyle. Całość może miała 10m². I był to jeden z lepszych hoteli tam (nie licząc tych ekskluzywnych). Pozostałe hotele to kapsułki albo wnęki w ścianie. Kapsułki czyli futurystycznie wyglądające kapsuły, w których jest łóżko (jedno- lub dwuosobowe) i telewizor na ścianie. Całość zamykana i dość klaustrofobiczna. Wnęki w ścianie to coś, co bardziej przypomina hostel niż hotel. Dziura w ścianie, w której jest łóżko i czasami znowu telewizor. Całość zasłaniania kotarką/zasłonką. Standardem w hotelach też nie jest okno. Jest to na ogół wyższy standard pokoju. Za to większość ma mikro basenik do pomoczenia tyłka (za mały na pływanie). My mieliśmy to szczęście, że w naszym hotelu nie było pokojów bez okna, ale widok był na ścianę kolejnego budynku. Był on trochę ponad budżet, który sobie założyliśmy, ale spanie w pokoju bez okien albo klaustrofobicznej kapsułce nie wchodził w grę.

Jest tu również ogólnie dość drogo w porównaniu do naszych, polskich cen. Za wejście do Universal Studios trzeba zapłacić 100 dolarów singapurskich co odpowiada 285 zł. a za przeciętny obiad który tam jedliśmy ok. 100 zł (2x ramen + 2x ice tea), chociaż da się znaleźć tańsze jedzenie w streetfoodach (np. 2 indyjskie błota plus placki naan za 32 zł – zdjęcia poniżej). Za przejazd komunikacją miejską trzeba zapłacić zależnie od trasy od 1-4 dolarów ( 2,80 – 11zł). Niestety nie mieliśmy kogo zapytać jak wyglądają tam przeciętne zarobki.

Mają też spory brak w kwestii klimatyzacji. Kompletnie nie potrafią z niej korzystać i przy 35 stopniach za zewnątrz, ustawiają ją na absurdalnie niskie temperatury. W restauracjach, w centrach handlowych (których tu jest mnóstwo), w hotelu, we wszystkich zamkniętych pomieszczeniach normalnie można zmarznąć.

Poniżej kilka dodatkowych zdjęć, które nigdzie mi nie pasowały, a uważam że są warte obejrzenia.

Klejnot z zewnątrz
Najbardziej wysunięty na południe punkt kontynentalnej Azji znajduje się w Singapurze.
Zachód słońca na wyspie Santos.
Pociąg pomiędzy terminalami lotniska – bezzałogowy.

Bali

Po wylądowaniu na Bali mieliśmy wrażenie, że znaleźliśmy się w kompletnie innym świecie względem Singapuru. Warunki podobne do tych, które znamy z Tajlandii. Azjatycki bałagan. Zero organizacji, na ulicach wariactwo i prawo większego, brud, hałas, zaniedbanie i bieda. Wprawdzie Ubud trochę odstaje od Denpassar, gdzie wylądowaliśmy, ale i tam da się to zaobserwować (chociaż w mniejszym stopniu). Dzika, często zaniedbana i pozostawiona sobie natura wdziera się w każdy niezagospodarowany kawałek ziemi. Ma to oczywiście swój urok.

Bali jest najbardziej turystycznym miejscem Indonezji i odpowiednio do tego przystosowanym. Wiele zasad, które obowiązują w reszcie Indonezji (chociażby wynikających z jej muzułmańskiego charakteru) nie ma tu zastosowania. Dlatego bez większego problemu znajdziemy tu alkohol, a prawie każda restauracja podaje wieprzowinę. W prawie każdym przewodniku przeczytamy, że będąc w tym rejonie trzeba spróbować lokalnie przygotowanej wieprzowiny. Bali jest hinduskie i Indonezja nie bardzo próbuje to zmieniać. Hinduizm i wszystkie atrakcje z nim związane są tutaj wykorzystywane jako dodatkowa atrakcja turystyczna (warsztaty jogi, tygodnie medytacji, wycieczki oczyszczania). Szczególnie jest to zauważalne w Ubud, w którym się zatrzymaliśmy, a które uchodzi za najbardziej spokojne miejsce, które ma dawać odpoczynek zarówno dla ciała jak i dla ducha. Co kilka domów można zobaczyć oferty kursów jogi i medytacji, czy tanie masaże (ok. 30zł za godzinkę). Wszyscy lokalsi są tu uśmiechnięci, spokojni i chętni do pomocy, jeśli tylko znajomość języka im na to pozwoli. Nie zmienia to jednak faktu, że chodząc po ulicach ma się wrażenie, że widzą w każdym turyście chodzący portfel. Świadczyć o tym mogą wycieczki cały czas dostosowywane pod turystów (np. wycieczka „instagramowe fotki” – możliwość zrobienia sobie zdjęć w najpopularniejszych miejscach z Instagrama). I trochę nie ma się co dziwić patrząc na ich przeciętne zarobki. Średnia pensja wynosi tutaj 3 mln rupii (ok. 827 zł), a żeby móc kupić używany samochód, przeciętny Balijczyk musi pracować 6 lat (odkładając każdy grosz). Głównymi gałęziami przemysłu na Bali są turystyka i rolnictwo (konkretnie uprawa ryżu), chociaż podglądając jak to wygląda ma się wrażenie, że czas się tutaj zatrzymał 100 lat temu.

Edukacja również tu mocno kuleje. Teoretycznie istnieje obowiązek szkolnictwa od 5 roku życia, ale wielu rodzin nie stać na posłanie dzieci do szkoły, a edukacja kosztuje. Poza samą opłatą za szkołę dochodzą koszty książek, przyborów czy dojazdu, bo szkoły są często dość oddalone. Rodziny więc wolą uczyć swoje dzieci zawodu i aby te jak najszybciej mogły zacząć zarabiać.

Obraz oazy spokoju zaburza również to, co się dzieje na ulicach, bo każdy jeździ jak umie, a czasami nie umie. Żeby dostać tu prawo jazdy trzeba (mając odpowiedni wiek) udać się na policję, zapłacić i zdać test praktyczny z prowadzenia samochodu (dość szybki) lub zapłacić trochę więcej i pominąć test. Może dlatego najważniejszą zasadą na drodze jest: większy ma pierwszeństwo. Chyba, że jesteś turystą, wtedy zawsze jest Twoja wina 😁, a turystów jest tu sporo, więc jest kogo winić 😉. Pomimo, że byliśmy w najniższym sezonie i w większości miejsc było dość luźno, to jadąc na wycieczkę, czy wchodząc do co lepszych atrakcji turystycznych można zauważyć, że jest tu aktualnie trochę turystów. Więcej moglibyśmy już nie znieść. Jednak wystarczy wejść w którąś z małych uliczek, żeby znaleźć się w kompletnie innym świecie, cichym, spokojnym, niezwykle relaksującym.

Wielka huśtawka nad przepaścią. Bardzo popularna atrakcja turystyczna.
Oczywiście, że to jest maks co mogę pokazać jeśli chodzi o ruch na ulicy, bo staram się robić fotki bez ludzi…

Co więcej, można się tu czuć bardzo bezpiecznie. Raczej nie ma tu napaści, oszustw czy kradzieży (chyba, że wykonywanych przez turystów – jedni przyjeżdżają na wakacje, a inni na łowy). Bali ogólnie jest bezpiecznym miejscem i trzeba się mocno narazić, żeby lokalni ludzie zaatakowali (np. zamówić Ubera). Jest to miła różnica w porównaniu z Tajlandią, gdzie niektóre miejsca mają podobną atmosferę, ale dużo łatwiej jest tam stać się ofiarą oszustwa czy kradzieży (nawet bardzo się pilnując).

Tym podsumowaniem zamykamy (na razie) temat Singapuru i Bali. Czeka nas jeszcze powrót przez Singapur, ale po co poruszać takie smutne tematy. A tymczasem od kilku dni jesteśmy w Australii (właśnie zmieniamy miejsce z Darwin na Cairns), która obfituje w przygody😀, ale o tym w kolejnym wpisie. Tymczasem zapraszamy na film:

Pozdrawiamy

M&M.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *


*