Aktualnie jesteśmy w:

Singapur, Singapur

Okres między świętami a Sylwestrem w Australii

Okres między świętami a Sylwestrem w Australii

26 grudnia o 10 rano wyruszyliśmy z Brisbane w dalszą podróż. Cel: dotrzeć na Sylwestra do Sydney. Ku naszemu zdziwieniu Australia, która nas powitała po świętach Bożego Narodzenia (26 grudnia jest tu normalnym pracującym dniem) wyglądała trochę inaczej niż Australia, do której zdążyliśmy już przywyknąć przez ostatni miesiąc.

Jak podróżujemy

Dotychczas cała nasza podróż była dość spontaniczna. Wieczorem dnia poprzedzającego nasz wyjazd z danej miejscowości siadaliśmy do wujka googla i szukaliśmy kolejnej ładnej miejscówki oddalonej nie więcej niż 2-3 godziny jazdy. Następnego dnia wstawaliśmy rano – śniadanie, szybki prysznic, pakowanie i do godziny 10 wyjazd z kempingu. Po drodze przy pomocy aplikacji CamperMate szukaliśmy kolejnego kempingu. Wymagań nie mieliśmy wielkich. Miał być prysznic, miał być basen lub blisko do morza, żeby móc się schłodzić w ciągu dnia i miało być czysto. Przy wyborze kierowaliśmy się głównie komentarzami osób, które tam już były i okazuje się, że z tym ostatnim warunkiem jest niestety najtrudniej tutaj. Ale w przeciągu godzinki mieliśmy wybrane dwa-trzy kempingi ,gdzie będziemy próbować się zatrzymać. Gdy już nam się znudziło plażowanie lub chodzenie po mieście (albo gdy zgłodnieliśmy) meldowaliśmy się na kempingu. Koszt miejsca kempingowego z dostępem do prądu i wody na placu to ok. 40AUD, a bez tego ok. 30AUD za dobę.

Podróż w okresie międzyświątecznym

Aktualnie znajdujemy się w Kempsey, które jest 500 km za Brisbane i 420 km przed Sydney. Wyruszając z hotelu w Brisbane mieliśmy już zarezerwowany nocleg w Sydney. Oczywiście ceny noclegów w okolicy jednego z największych i najbardziej spektakularnych pokazów fajerwerków poszły mocno w górę, ale zaakceptowaliśmy to. Być tutaj i nie zobaczyć pokazu fajerwerków, który jest co roku pokazywany w telewizji jako jedno z pierwszych miejsc świętujących nadejście nowego roku byłoby wielką stratą.

Mieliśmy więc 6 dni i prawie 1000 km do pokonania. Plan zakładał, że będziemy poruszać się wzdłuż wybrzeża po drodze zatrzymując się na nocleg w nadmorskich miejscowościach. Pierwszy cel: Byron Bay. Na googlu wygląda obłędnie i zostało nam polecone przez kilka osób. Po drodze zaliczyliśmy nasza pierwszą naprawę Złomka (wymiana akumulatora, bo nie chciał już startować) i postanowiliśmy zwiedzić jeszcze Springbrook National Park (ale to pokażę w oddzielnym poście), a następnie bez stresu pojechać do Byron Bay na kemping. I tu nastąpiło nasze pierwsze zdziwienie. W Byron Bay było pełno ludzi. Pierwszy tłok z jakim się spotkaliśmy w Australii. Nie było gdzie zaparkować, a na kempingach ceny były podwojone. Za miejsce kempingowe bez prądu życzyli sobie 70 AUD. Jak dla nas przegięcie, pojechaliśmy dalej. Pomyśleliśmy, że to pewnie najbardziej turystyczne miejsce Australii, gdzie zawsze są tłumy. Niestety okazało się, że dalej wcale nie jest lepiej. Brak miejsc, ceny podwojone. Cóż, pewnie to dlatego, że jest tak blisko Brisbane i to miasto tak przyciąga ludzi. I tak oto skończyliśmy na autostradzie o godzinie 21, gdy już wszystkie kempingi mają zamknięte recepcje, może i z domem na kółkach, ale bez miejsca, gdzie możemy się legalnie zatrzymać i przespać. Z braku opcji postanowiliśmy skierować się na jeden z bezpłatnych kempingów, gdzie nie ma recepcji, więc można się zatrzymać o każdej porze dnia i nocy. Po naszym pierwszym bezpłatnym kempingu w miejscowości Babinda mieliśmy całkiem miłe wspomnienia, więc jedną noc damy radę. Na miejscu okazało się, że bezpłatny kemping bezpłatnemu kempingowi nie równy i jak tamten był utrzymywany przez lokalną społeczność i datki i miał czyste toalety, prysznic z ciepłą wodą i całkiem przyjemne otoczenie, tak ten był utrzymywany tylko z datków i bardziej przypominał zatoczkę przy autostradzie niż kemping, gdzie można zatrzymać się na noc. Łazienki (średniej czystości) były kawałek dalej razem z kawiarnią, gdzie można było rano kupić sobie śniadanie lub kawusię i ruszyć dalej. Obok parkingu znajdowały się toi toie, a całość oddzielona była od autostrady pasem zieleni. Ale cóż, to tylko jedna noc i jedziemy dalej, więc przeżyjemy jakoś. Wypiliśmy pół butelki wina, obejrzeliśmy serial i poszliśmy spać na brudaska (ale zęby umyliśmy!). W nocy nastąpiło kolejne zdziwienie, bo jak przed świętami wystarczyły nam do przykrycia się poszewka na kołdrę i po jednym kocu, tak tym razem mocno zmarzliśmy. Byliśmy zbyt zmęczeni, żeby wstać po kołdry, ale było za zimno żeby spać. I tak męczyliśmy się całą noc. 🙄

Rano, bez śniadania ruszyliśmy jak najszybciej w świat. Tym razem nauczeni doświadczeniem dnia poprzedniego, zaczęliśmy szukać kempingu wcześniej, bo przed plażowaniem, a nasze wymagania się zmniejszyły. Niech będzie czysty prysznic. Może być bez mediów, bo mamy panel słoneczny, lodówkę i baterię, z której możemy ją zasilać. Jedną noc damy radę. Po drodze sprawdziliśmy kilka miejsc i ku naszemu zdziwieniu nadal wszędzie brak miejsc. I tak oto wylądowaliśmy w miejscowości Minnie Water. Uroczej i bardzo małej miejscowości z przepięknymi plażami i bez zasięgu czegokolwiek. Na kempingu prawie full. Jedyne miejsce jakie było wolne było bez prądu i jest dostępne tylko na jedną noc. Ale mają prysznic. Trudno, bierzemy to co dają. Na kempingu pełno ludzi. Niektóre miejsca wyglądały jakby ludzie tam mieszkali przez dłuższy czas. Czystość pozostawia sporo do życzenia, ale miejsce jest w lesie, więc jesteśmy osłonięciu od wiatru = będzie cieplej.😃 Spokojni o miejsce do spania, poszliśmy poplażować na cudownej plaży – wielkiej i pustej. Nawet nie trzeba było rozkładać parawanu. 😆 Niestety niebieskie meduzy (bottle jellyfish), które może nie są śmiertelne dla człowieka, ale nadal bolesne, uniemożliwiły nam pluskanie w wodzie. Po plażingu obiado-kolacja (barszcz ukraiński z resztek po barszczu wigilijnym 😂 i pierogi z wigilii),🤣 wino, serial i lulu. W nocy pomimo wyciągnięcia dodatkowego koca zmarzliśmy. O co chodzi, że od kilku dni jest nam w nocy zimno? Aż tak już się przyzwyczailiśmy do dziennego ciepła?

Postanowiliśmy, że potrzebujemy zostać na jakimś kempingu na dłużej. W związku z tym skróciliśmy plażowanie i zwiedzanie do minimum i od razu zaczęliśmy szukać kempingu. Kierując się cały czas na Sydney, przejechaliśmy 200 km zatrzymując się po drodze w każdej większej lub mniejszej miejscowości, gdzie były kempingi. Brak miejsc. To już nawet nie była kwestia braku miejsc w akceptowalnej cenie. Po prostu brak jakichkolwiek miejsc. W parkach narodowych, gdzie nie ma nic poza toaletą, na wielkich kempingach sieciówek. Brak.

Szukaliśmy miejsca na kempingu w parku narodowym z takim widokiem. 😍

Od osób z kempingowych recepcji dowiedziałam się, że tak u nich wyglądają święta i czas między świętami i sylwestrem. Wszyscy Australijczycy decydują się wtedy wyjechać w miasta. I pomimo, że ceny na kempingach i w hotelach w tym okresie są podwojone, to i tak mają pełno. Sprawdziliśmy ze 40 kempingów dzwoniąc, sprawdzając dostępność przez booking online, odwiedzając osobiście albo tylko przejeżdżając obok, bo z daleka krzyczał wielki szyld „BRAK MIEJSC”. I nie tylko my, bo przed nami albo za nami ustawiała się często kolejka samochodów, które dostawały dokładnie taką samą informację. Gdzieniegdzie ludzie próbowali nam pomóc i podpowiedzieć gdzie jeszcze możemy sprawdzić, ale efekt był zawsze ten sam. 25 milionów Australijczyków zamiast siedzieć i gotować się z mieście, ma wolne i bawi się w nadmorskich miejscowościach. I oczywiście słyszeliśmy i czytaliśmy o tym wcześniej, ale nie spodziewaliśmy się skali. 😅

Z braku jakichkolwiek miejsc kempingowych w nadmorskich miejscowościach, musieliśmy zmodyfikować plan i oddalić się trochę od morza wgłąb lądu. I tak oto znaleźliśmy się w Kempsey, gdzie ceny miejsc kempingowych są rozsądne, ludzi jest niewiele, mamy do dyspozycji niewielki basenik, jest akceptowalna czystość łazienek, a kempingiem zarządza para, z której on trzy lata temu spędził sylwestra w Warszawie.😁

Mamy też hipotezę dlaczego marzniemy w nocy. Możliwe że to dlatego, że może i jak się kładziemy spać to jest 20 stopni i nie wydaje się zimno, ale w nocy temperatura spada do 15 stopni, a namiot nie ma ogrzewania. Bogatsi o tą wiedzę, mogliśmy lepiej się przygotować do kolejnej nocy. Na szczęście poprzednie właścicielki Złomka, zostawiły nam w zestawie z samochodem również i kołdry. Wreszcie wyspaliśmy się, a na kempingu zostajemy jeszcze jedną noc. Wykorzystamy ten czas do popracowania trochę (tak, zdarza nam się to – rzadziej niż byśmy chcieli, ale lepsze to niż nic), przeczekamy ten okres i zorganizujemy tak, żeby tylko dotrzeć na Sylwestra do Sydney, a po Sylwestrze ruszymy pełną parą na kolejne zwiedzania. 😉

Pozdrawiamy

M&M

PS: Zmieniliśmy stan. Opuściliśmy już Queensland i podróżujemy obecnie po Nowej Południowej Walii (New South Wales). W związku z tym jesteśmy 10 godzin do przodu względem czasu polskiego.

3 komentarze on "Okres między świętami a Sylwestrem w Australii"

    Wow, tego się nie spodziewałam! Choć z drugiej strony nie dziwię im się – po co kisić się w mieście, jak można podjechać na jedną z tych cudnych (tu wykreślamy meduzy) plaż? 😀

    Już tak😊 na zdjęciu z nurkowania jest informacja gdzie aktualnie jesteśmy. Staramy się to aktualizować regularnie (jeśli tylko mamy internet) 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*