Aktualnie jesteśmy w:

Singapur, Singapur

Gardens by the Bay – część 2

Gardens by the Bay – część 2

W związku z tym, że ogrody nas zachwyciły, a pierwszego dnia nie udało nam się zwiedzić wszystkiego, wróciliśmy tam następnego dnia.

Tym razem chcieliśmy skupić się na zwiedzaniu szklarni (wjechaliśmy też na taras widokowy, ale relację z tego dodałam w poprzednim wpisie). Do ogrodów dojechaliśmy metrem, co było dużo wygodniejsze i szybsze niż podróż autobusem poprzedniego dnia. Przede wszystkim prosto ze stacji wyszliśmy na ogrody, bez konieczności przechodzenia przez wieżowiec Marina Bay Sands i kładkę nad 4 pasmową ulicą.

Flower Dome

To 1.2 hektarowa szklarnia będąca największą szklarnia na świecie (wpisana do Księgi Rekordów Guinessa w 2015 roku). W środku znajdują się ogrody z różnych regionów świata wymagające raczej suchego i chłodniejszego lub półsuchego klimatu do życia. W szklarni utrzymywana jest stała wiosna, która dla roślin jest podobno najbardziej komfortowa i utrzymuje je w najładniejszym stanie.

Rośliny podzielone są na ogrody regionalne: australijski, śródziemnomorski, afrykański i kalifornijski. Każdy z nich prezentuje roślinność danego regionu. Dzięki temu dowiedzieliśmy się, że mamy dokładnie taką samą roślinność jak w Kalifornii (buraki, jabłka, truskawki, geranium, pietruszka, maliny, winogrona). Szkoda tylko, że pogodę nie…

Po obejrzeniu wszystkich roślin ze stałej ekspozycji przeszliśmy do części ekspozycji sezonowej. W tym okresie była to wystawa „Poinsettia wishes”, czyli świąteczna wystawa gwiazd betlejemskich 🙂 Wszystko ozdobione licznymi motywami świątecznymi tak, że można było poczuć świąteczną atmosferę. Sztuczny śnieg, świąteczne piosenki w tle, dzwoneczki, choinki, prezenty.

Cloud forest

Druga szklarnia zawiera rośliny lubiące kompletnie inny klimat. To przygotowana na wzór lasów mglistych instalacja tworząca górę z wodospadem. Porośnięta jest roślinnością lubiącą klimat chłodny i wilgotny (porządnie tam zmarzliśmy). Po wejściu, naszym oczom ukazuje się przepiękny wodospad, który robi spektakularne wrażenie. Oczywiście zaraz przy wejściu wszyscy się tłoczą, żeby zrobić kilka fotek. Później ścieżka prowadzi nas do windy na samą górę. Schodząc wkoło góry możemy podziwiać roślinność na każdym jej poziomie. W środku góry są przygotowane dodatkowe wystawy tematyczne, np. stalagmitów i stalaktytów, czy o tym jak człowiek zniszczył planetę i jakie są tego skutki. Dodatkową atrakcją jest wkomponowane w rośliny, budowle z klocków lego w kształcie owadożernych roślin, np. muchołówka (miałam, zabiłam) czy dzbanecznik (będę miała jak się nauczę dbać o rośliny).

Ogrody są wielkie i spektakularne. Zwiedzaliśmy je dwa dni, a i tak nie udało nam się obejrzeć wszystkiego. Jeśli jednak miałabym szczerze ocenić czy warto było wydać kasę na wejście tam to mam wątpliwości. Oczywiście same wystawy są bardzo ładne i ciekawe. Można zobaczyć wiele gatunków roślin, które ciężko byłoby nam zobaczyć na żywo, ale ilość ludzi, która ma się zmieścić pod tymi kopułami powoduje, że oglądanie ich przestaje być przyjemne. Każdy chce sobie zrobić zdjęcie przy każdym kwiatku, albo i całą sesję od razu. Zdjęcie z dziubkiem, bez dziubka, z lewego profilu, z prawego, en face. Blokują całe przejście, które jest wąskie i nie ma miejsca żeby przejść obok nich, a człowiek nie chce im psuć sesji, bo nigdy nie skończą. Pchają się żeby być bliżej, wchodzą na plecy, wykonują niespodziewane zwroty przed nosem. I tak na każdym kroku. Niezależnie od tego czy jest to ścieżka na dole czy chwiejący się, wiszący na 20 metrach pomost. Ale my chcemy zrobić sobie jakieś fajne zdjęcia, to akurat w tej chwili wszyscy skończyli swoje sesje i muszą przechodzić stadami tuż przed obiektywem. Oczywiście ludzi jest sporo we wszystkich atrakcjach turystycznych. W otwartej części ogrodów również. Ale chyba ze względu na przestrzeń na jaką zajmują ogrody, nie jest to tak uciążliwe jak w zamkniętym niewielkim pomieszczeniu. Chociaż z oznaczeń które są wokół tych ekspozycji wynika, że i tak nieźle trafiliśmy i tłumów nie było.

Podsumowując, zdecydowanie bardziej podobała nam się pierwsza część zwiedzania ogrodów, w słoneczku i na otwartej przestrzeni. Na koniec jeszcze kilka zdjęć z okolicy tych szklarni.

Little India

Po ogrodach stwierdziliśmy że jeszcze wybierzemy się do indyjskiej dzielnicy w Singapurze i zjemy coś tamtejszego. Nasza gospodyni powiedziała nam, że znajdziemy tam bardzo dobre indyjskie streetfoody. Wysiedliśmy na stacji metra Little India i udaliśmy się do bardzo niepozornie wyglądającego miejsca. Klimat tam był iście indyjski: hałas, mnóstwo budek z jedzeniem, które niekoniecznie byłyby dopuszczone do sprzedaży jedzenia przez nasz sanepid. Jednak po wejściu do środka hali, dało się zauważyć coś zaskakującego. Pomimo tego, że była to już godzina 21 więc te budki działały już cały dzień i zaraz się zamykały, nigdzie na ziemi nie leżały żadne śmieci. Było po prostu czysto. Stoliku czyste, podłoga posprzątana. Po całej hali chodziła jedna osoba i na bieżąco sprzątała po wszystkich co zjedli (tak, po skończeniu jedzenia, jednorazowe naczynia zostawia się na stoliku, nawet ciężko by było sprzątnąć po sobie bo nigdzie nie było koszy na śmieci). Wybraliśmy sobie jedną knajpę, przy której stali jeszcze jacyś lokalsi i zamówiliśmy dwa dania i szczerze mówiąc było pyszne. I kompletnie inne niż u nas w Wawce.

Poszliśmy jeszcze na któtki spacer po Little India i padnięci wróciliśmy do hotelu.

Pozdrawiamy

5 komentarzy on "Gardens by the Bay – część 2"

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *


*