Crocsy – podejście pierwsze
Jesteśmy w Australii już ponad tydzień (dokładnie tydzień i dwa dni) i nie widzieliśmy jeszcze ani jednego kangura. Za to widzieliśmy krokodyle 😀
W poszukiwaniu krokodyli wszyscy radzili udać się do parku narodowego Kakadu. Jednak koszt wycieczek tam (kilkudniowych) mocno przewyższał nasz budżet. Kakadu znajduje się 250 km od Darwin. Wycieczka na jeden dzień byłaby bez sensu, bo nic byśmy nie zobaczyli, a wycieczka kilkudniowa nie wchodziła w grę, bo w Darwin mieliśmy spędzić tylko 5 dni, hotel już zapłacony, bilet do Cairns też. Musieliśmy wykombinować coś innego. W wujku googlu wyczytaliśmy, że dla tych którzy nie chcieli/mogli jechać zobaczyć krokodyli w ich naturalnym środowisku, sprowadzono krokodyle do nich. Do miasta. Więc udaliśmy się do Crocosaurus Cove.
Crocosaurus Cove
Wchodząc do tego miejsca mieliśmy tylko mgliste wyobrażenie o tym co to będzie za miejsce. Wiedzieliśmy, że mają tam kilka krokodyli słonowodnych (tych niebezpiecznych i agresywnych wielkoludów). Koszt: 36 dolarów za bilet podstawowy. Przed wejściem można sobie wyczytać jakie atrakcje są przygotowane na każdą godzinę (te bezpłatne). Dodatkowo przez cały dzień można „pływać z krokodylami”. Początkowo brzmi interesująco. Dopóki nie spojrzy się na cenę i opis. Tak na prawdę to nie jest pływanie z krokodylami tylko zanudzenie tyłka na ok. pół godziny w wielkim plastikowym pudle, gdzie koło Ciebie pływa krokodyl. Koszt: 170 dolarów (500zł) za jedną osobę lub A$260 za dwie. Wystarczy nam jak zobaczymy jak je karmią. Może przypadkiem zaatakują karmiących i będzie dodatkowa atrakcja.😈
Przechodzimy pod wielkim akwarium gdzie mają być krokodyle, ale aktualnie się schowały. Następnie oglądamy akwaria pełne jaszczurek, węży, żółwi i żab w strefie gadów (wygląda to dość dramatycznie, gdy jaszczurka wali łapkami i głową w szklaną szybę próbując się wydostać) i podglądamy olbrzymie ryby i płaszczki w wielkim akwarium i kierujemy się w stronę krokodyli.
Wychodzimy na powierzchnię i następuje wielki zawód. Spodziewaliśmy się wielkiego akwarium (albo kilku), gdzie żyje sobie kilka krokodyli (max. 3). Tymczasem naszym oczom ukazała się najpierw seria małych akwariów, w których są hodowane krokodyle od zniesienia jaja (te niewielkie słodkowodne), a następnie chyba 6 niewielkich akwariów w których siedzą wielkie krokodyle próbujące ukryć się przed słońcem w ten mega upalny dzień. W tym samym czasie wszyscy odwiedzający chodzili sobie po ścieżkach przykrytych dachami, żeby nie musieli chodzić po słońcu.


Nie ukrywam jednak, że ich rozmiary robiły niesamowite wrażenie. Największy z nich został nazwany Axel, miał 5,1 metra długości i ważył 900 kg. Można było również podziwiać Burta, który był trochę lżejszy, bo ważył 700 kg i jest chyba największą gwiazdą wśród krokodyli, bo grał w filmie Krokodyl Dundee (ktoś to oglądał?). Ten miał trochę szczęścia albo specjalnie przywileje, bo przysługiwał mu cień na swoim podwórku (podobno jest dość agresywny względem innych krokodyli i zagryzł swoje 3 poprzednie partnerki). Znajdziemy tam również królewską parę Kate i Wiliama, a właściwie Bess i Houdiniego, których imiona zostały zmienione dla uczczenia królewskiego ślubu w 2011 roku. 😲🐊


Wybija godzina 14:30, więc czas na karmienie kroksów (te największe krokodyle, słonowodne tak są nazywane). Najpierw wstęp teoretyczny. Dowiadujemy się z niego trochę o tym jak silne są krokodyle słonowodne (pani prezentuje na mechanicznej paszczy krokodyla i bloczku lodu co się dzieje z ludzkimi kośćmi jak krokodyl zaciśnie ząbki – dla ciekawskich: następuje proces miażdżenia, dość szybki). Opowiada nam jak bardzo są niebezpieczne, inteligentne i sprytne. Dowiadujemy się, że potrafią mierzyć czas, obserwować i wyszukiwać schematy działania nawet w skali miesięcy. Są cierpliwe, bo potrafią godzinami czekać na odpowiedni moment do ataku i niesamowicie szybkie, a przy tym bezgłośne. Jeśli zauważymy lub usłyszymy krokodyla słonowodnego to już raczej będzie za późno. Informuje nas również, że w związku z tym że są inteligentne, łatwo jest je uczyć, przy czym podporządkowują się tylko dlatego, że aktualnie im jest tak wygodnie albo nie widzą innej możliwości i jeśli tylko trener odwróci się do nich plecami nie omieszkają wykorzystać okazji i przyjąć dodatkową porcję pożywienia. Teoretycznie do przetrwania potrzebują niewiele jedzenia, bo tylko 1% swojej masy tygodniowo. Nie zmienia to jednak faktu, że gdy mają okazję najeść się porządniej, urządzają sobie ucztę.




Zaczęło zbierać się na deszcz więc zaszło słońce. 

Pora karmienia. Jedna osoba karmi, druga pilnuje sytuacji, trzecia opowiada po drugiej stronie.
Po karmieniu krokodyli znalazły się dwie odważne (albo głupie za wydawanie takiej kasy na coś takiego), które chciały zanurzyć się w „klatce śmierci”. Cała atrakcja (sztuczka, jak to nazywali organizatorzy) polegała na tym, że plastikową komorę zanurzano do połowy w basenie w krokodylem. Ten był nauczony co ma robić, więc okrążał kapsułę, pokazując się z każdej strony, a następnie prowadząca najpierw się z nim trochę drażniła podtykając jedzenie na kiju i gdy krokodyl szykował się do skoku zabierała je (muszą być ładne fotki na insta), aż odpuszczała i pozwalała mu „upolować” jedzenie i kończyła zabawę. Panie się żegnały z krokodylem i kapsuła była wyjmowana z wody. Następnie panie mogły się udać do budynku i kupić sobie super fotki z krokodylem (wcześniej w kapsule montowana była kamera). Koszt zdjęcia to jedyne: 20-100 dolarów w zależności od ilości zdjęć.
Ostatnim etapem wycieczki była niewielka wystawa ze świata krokodyli, gdzie można było obejrzeć szkielet krokodyla słonowodnego, poczytać o ich występowaniu na świecie, obejrzeć skórę, a na koniec pogłaskać malutkiego krokodylka słodkowodnego. Pani bardzo zachęcała żeby się nie bać i spróbować, że on nic nikomu nie zrobi (a jak ma zrobić jak ma pyszczek zaklejony wkoło przezroczystą taśmą?). Za dodatkową opłatą można sobie zrobić sesję zdjęciową z owym krokodylkiem. Możesz go podnieść go góry, żeby robił za kapelusz albo na wysokości ust żeby wyglądał jak wąsy. Hihihi. Jakie urocze. Dopiero gdy akurat nikt nie był zainteresowany sesją i głaskaniem, a pani odkładała go do akwarium żeby odpoczął, widać było jak desperacko ucieka do tego mikro metrażu.
Jak zapewne nietrudno się domyślić, wyszliśmy z tego miejsca bardzo zniesmaczeni i niezadowoleni. Na razie uważamy to za najbardziej zmarnowane pieniądze wyjazdu i raczej będziemy unikać tego typu atrakcji w przyszłości. Aby zmyć ten blamaż na naszej historii postanowiliśmy wypożyczyć auto i pojechać sobie sami w poszukiwaniu krokodyli, ale o tym w kolejnym wpisie. 😊
Pozdrawiamy
M&M.
PS: Zaczynamy myśleć, że kangury i pająki w Australii to jakieś urban legend.









3 komentarze on "Crocsy – podejście pierwsze"
Też się wielokrotnie przekonałam, że te komercyjne turystyczne atrakcje często są mega przereklamowane, mnóstwo pięknych miejsc można zobaczyć po prostu jeżdżąc przed siebie. A nawet często lepiej tak, bo nie ma tłumu turystów, ze już nie wspomnę, ze taniej.
PS. Bardzo fajnie się was czyta!
Biedne krokodylki 🙁
Noooo i pomimo tego że to mega niebezpieczne zwierzęta które tylko czekają żeby nas zagryźć to robi się ich po prostu szkoda jak tak się na to patrzy.